Z Polski do College Football D1! Poznaj historię Rafała Szymańskiego.

3 godziny temu | 09.03.2026, 08:24
Z Polski do College Football D1! Poznaj historię Rafała Szymańskiego.

Już 10 marca na Stadionie Olimpijskim odbędzie się camp organizowany przez fundację Gridiron Imports. Wydarzenie skierowane jest do młodych graczy futbolu amerykańskiego, którzy marzą o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Z tej okazji przeprowadziliśmy wyjątkowy wywiad z Rafałem Szymańskim, byłym zawodnikiem pierwszej dywizji NCAA.


Rafał pochodzi z Olsztyna i jest wychowankiem miejscowych Lakers, w barwach których zbierał pierwsze futbolowe szlify. Już jako nastolatek wyróżniał się warunkami fizycznymi, które zostały dostrzeżone przez przedstawicieli Gridiron Imports podczas campu w Niemczech. Reszta to już piękna historia: nauka i gra w amerykańskim liceum, rywalizacja na najwyższym poziomie akademickim w USA, ukończenie studiów oraz decyzja o pozostaniu w Ameryce, by tam kontynuować życie zawodowe i prywatne.


Rafał jest najlepszym dowodem na to, że chłopak z Polski może podbić świat – nie tylko spełniając sportowe marzenia, ale także zdobywając wykształcenie i budując karierę na drugim końcu globu. Nie przedłużając, zapraszamy na obszerny wywiad z Rafałem Szymańskim.


Jak z perspektywy czasu oceniasz decyzję o podjęciu współpracy z Gridiron Imports? Czy wtedy przypuszczałeś, że ta jedna decyzja tak drastycznie zmieni całe Twoje życie?

Z perspektywy czasu uważam, że podjęcie współpracy z Gridiron Imports było znakomitą decyzją. Przemawia za tym wiele argumentów, począwszy od samego startu – czyli wyjazdu na obóz do Niemiec wraz z Szymonem i Tobiaszem (których serdecznie pozdrawiam!). Było to zgrupowanie dla zawodników z Europy, organizowane, jeśli dobrze pamiętam, pod szyldem ESPN. Na miejscu obecni byli przedstawiciele ESPN, Under Armour oraz dwóch organizacji rekrutacyjnych, w tym właśnie Gridiron Imports.


Po obozie skontaktował się ze mną jeden z założycieli fundacji z pytaniem, czy chciałbym spróbować swoich sił w USA. Bez wahania potwierdziłem i tak zaczęła się moja przygoda. Spośród kilku ofert ze szkół średnich wybrałem placówkę Rabun Gap w Georgii, gdzie spędziłem kolejne dwa lata. W tym czasie Gridiron Imports zapewniało mi nieocenione wsparcie – zarówno logistyczne, jak i merytoryczne. Przejście na amerykański tryb życia i tamtejszą kulturę sportową to ogromny przeskok; futbol w USA to zupełnie inny świat pod względem podejścia, zaangażowania i samego rozumienia dyscypliny.


Współpraca z fundacją realnie zmieniła moje życie. Od początku wiedziałem, jaki jest mój cel. To nigdy nie była wycieczka krajoznawcza czy chęć przeżycia „przygody”. Jechałem tam z jasno określonym planem: dostać się do Division I i grać na najwyższym akademickim poziomie, co otwierałoby drzwi do NFL. Studia i gra w pierwszej dywizji były dla mnie priorytetem, a Gridiron Imports pomogło mi to marzenie zrealizować.


W jaki sposób Gridiron Imports pomogło Ci przejść przez proces rekrutacji do szkoły, a później odnaleźć się w amerykańskim systemie edukacyjnym?

Proces rekrutacyjny jest wymagający i bywa stresujący – wiąże się z dużą ilością formalności, opłatami i wizytami w urzędach. Oczywiście kwestie wizowe czy kompletowanie dokumentów to ostatecznie odpowiedzialność zawodnika, ale w chwilach niepewności Gridiron Imports zawsze służyło mi pomocną dłonią. Oferowali wsparcie merytoryczne i kierowali w odpowiednie miejsca, gdy czegoś nie rozumiałem. Wiadomo, że nikt nie załatwi wszystkiego za nas – chociażby dlatego, że urzędnicy wymagają osobistego stawiennictwa – ale dobrze jest mieć kogoś, kto przeprowadzi Cię przez ten labirynt.


Ich wsparcie nie kończyło się na formalnościach. Gridiron Imports towarzyszyło mi od momentu wyjazdu aż do końca studiów, pomagając w aklimatyzacji. Po pierwszym roku liceum wzięliśmy udział w dwutygodniowym objeździe po obozach treningowych w USA. Odwiedziliśmy m.in. Nowy Jork i Buffalo, wizytując kolejne uczelnie. Choć wielu chłopaków otrzymywało wtedy oferty stypendialne, ja musiałem na swoją poczekać. Był to czas mojej transformacji z wide receivera na defensive line / outside linebackera. Miałem wzrost i warunki atletyczne, ale brakowało mi jeszcze odpowiedniej wagi. Mimo że nie dostałem ofert od razu, fundacja nie przestała we mnie wierzyć, co ogromnie doceniam.


Czy uważasz, że chłopak z polskiego klubu, przychodząc na nadchodzący camp, który odbędzie się we Wrocławiu, ma realną szansę powtórzyć Twoją drogę, jeśli tylko włoży w to odpowiednią pracę?

Trudno jednoznacznie ocenić szanse każdego z zawodników. Z jednej strony chciałbym zmotywować chłopaków i dać im wiatr w żagle, ale z drugiej – zależy mi, aby każdy zrozumiał, jak wymagająca jest to droga. Zaczynając od obozów takich jak ten we Wrocławiu, każdy ma swoje prywatne osiągnięcia: czas na 40 jardów, wyniki na ławce, szybkość czy zwinność. Moim zdaniem, na samym starcie warto zestawić swoje parametry z wynikami zawodników NFL na danej pozycji. Załóżmy, że ktoś gra jako Outside Linebacker, ma 195 cm wzrostu i waży ponad 100 kg. Jeśli przy takich gabarytach potrafi przebiec 40 jardów w około 4,7 sekundy, to ma realną szansę powtórzyć – przynajmniej częściowo – moją historię. Może trafić do college’u, niezależnie od tego, czy będzie to Division 1 czy Division 3. Sama gra w USA to niesamowite doświadczenie i szansa na darmową edukację, co dla większości jest głównym celem.


Czy da się dokładnie powtórzyć moją ścieżkę? Trudno powiedzieć. Zostałem obdarzony niesamowitymi warunkami fizycznymi. Bez względu na to, czy byłem w amerykańskim liceum, w Junior College’u, czy później w Houston – moje wyniki testowe zawsze znacznie przewyższały standardy. Jako linebacker ważący 110 kg przy niemal dwóch metrach wzrostu, wykręcałem świetne czasy i wyniki siłowe. To właśnie ta sprawność otwierała mi drzwi. Trenerzy byli zdumieni moją skocznością. Pamiętam mecz w liceum, w którym zablokowałem podwyższenie – na zdjęciu widać, że moja głowa znajduje się na wysokości poprzeczki bramki. W szkole podczas gry w koszykówkę potrafiłem wyskoczyć tak wysoko, że dotykałem obręczy głową. To właśnie ten "atletyzm" pozwolił mi rywalizować z najlepszymi w najwyższych ligach.


Nie chcę nikogo zniechęcać, ale muszę być szczery. Jako zawodnik z Europy masz dwie drogi: musisz być "freakiem" natury – absolutnie najlepszym z najlepszych pod względem fizycznym. Albo musisz rozumieć grę lepiej niż inni. Nie chodzi tylko o wiedzę, że na przykład zawodnik poruszył się w motion. Chodzi o głębokie rozumienie schematów, przewidywanie zagrań na podstawie formacji i ocenianie szans na bieg lub podanie w ułamku sekundy. Przyznam szczerze: ja nigdy nie miałem tej zdolności. Byłem świetnym atletą, ale o taktyce futbolu miałem blade pojęcie – i tak właściwie zostało do dziś. Grałem jako pass rusher, więc nie musiałem znać skomplikowanych schematów; do teraz nie do końca rozróżniam Cover 2 od Cover 3. To jest największa bariera dla chłopaków z Europy. Nikt z nas nie rozumie futbolu tak, jak Amerykanie, którzy dorastają z tą grą. Jeśli nie jesteś wybitnym atletą, musisz nadrobić to mentalnie. Nawet prosta gra w Maddena może pomóc, jeśli podchodzi się do niej analitycznie.


Szaleństwem byłoby zakładać, że bycie dobrym atletą w Polsce automatycznie oznacza bycie dobrym w USA. Spójrzmy na liczby: Mniej niż 1% zawodników z Europy trafia do amerykańskich liceów. Zaledwie ułamek graczy z każdego liceum w USA dostaje się do futbolu akademickiego. Tylko 1% z nich trafia do pierwszej dywizji (D1). Będąc tam, rywalizujesz z absolutną elitą. Z mojej grupy z Gridiron Imports, która wyjechała w tym samym roczniku, tylko dwóch z nas dostało się do D1. Reszcie się nie udało – i nie była to kwestia braku pracy czy ambicji. To często loteria i kwestia szczęścia.


Na koniec ważna rada: nie przejmujcie się obecną wagą. W Polsce nie mamy takiej kultury żywieniowej i suplementacji jak w Stanach. Jeśli grasz w linii defensywnej i ważysz 80 kg – spokojnie, w Ameryce "dołożą" Ci odpowiednich kilogramów. Ja wyjeżdżałem jako chłopak ważący 75 kg przy dwóch metrach wzrostu. Pod koniec trzeciego roku w Houston ważyłem blisko 120 kg, nie tracąc przy tym szybkości ani sprawności. Pamiętajcie jednak: aby w ogóle zwrócić na siebie uwagę skautów, wzrost i potencjał fizyczny są kluczowe. To one otwierają drzwi, przez które potem trzeba przejść dzięki ciężkiej pracy.


Jakie cechy, które sprawdzają amerykańscy trenerzy, okazały się najważniejsze, by przetrwać i odnieść sukces w USA?

Z moich obserwacji wynika, że amerykańscy trenerzy najwyżej cenią zaangażowanie wykraczające poza standardowe ramy. Liczy się nie tylko postawa na boisku czy siłowni, ale również samodzielna analiza materiałów wideo. Zgodnie z zasadą: im więcej włożysz pracy, tym lepsze osiągniesz rezultaty. Choć sam wysiłek nie gwarantuje miejsca w składzie, jest fundamentem budowania autorytetu u szkoleniowców.


W amerykańskiej kulturze sportowej, a szczególnie w futbolu, etyka pracy postrzegana jest jako najważniejszy atrybut zawodnika. Jako były defensor wyróżniłbym jeszcze jedną cechę: kontrolowaną agresję. Trenerzy szukają zawodników, którzy grają bezkompromisowo, niczym 'pociski' uderzające w przeciwnika.


Równie istotna jest determinacja w grze do ostatniego gwizdka. Niezależnie od dystansu dzielącego zawodnika od piłki, wymagany jest pościg w pełnym sprincie. To właśnie ta nieustępliwość i brak zgody na odpuszczenie jakiejkolwiek akcji są elementami, które trenerzy starają się zaszczepić w swoich podopiecznych.


Grałeś w futbol na wysokim poziomie, ale jednocześnie ukończyłeś studia w USA. Jak system sportowy w Stanach pomaga zawodnikom zdobyć wykształcenie, które teraz wykorzystujesz w pracy?

System sportowy zdecydowanie pomaga zawodnikom ukończyć studia i zdobyć wykształcenie, choć wiele zależy od konkretnej uczelni. Zazwyczaj im lepsza szkoła, tym mniej czasu zostaje na naukę, bo grafik zdominowany jest przez futbol. Moja historia wyglądała podobnie. Gdy grałem w Houston, mieliśmy do dyspozycji tutorów i specjalne centrum, w którym odrabialiśmy prace domowe. Otrzymywaliśmy duże wsparcie, również w zakresie organizacji czasu, aby pogodzić treningi z nauką. To sprawiło, że wielu moich kolegów z drużyny zdołało w ogóle ukończyć studia. Myślę, że bez tej pomocy mało kto mobilizowałby się do chodzenia na zajęcia czy regularnej nauki.


Takie podejście dominowało w Houston, ale na ostatni rok przeniosłem się do Wofford, aby zdobyć lepsze, bardziej spersonalizowane wykształcenie. Zależało mi na tym, by skończyć szkołę nie tylko z dyplomem, ale i z realną wiedzą. W Wofford system wyglądał inaczej – to mniejsza uczelnia, więc nacisk na naukę był znacznie większy. Musiałem się do tego przyzwyczaić, ale ostatecznie wyszło mi to na dobre. Nauczyłem się wielu rzeczy, które przydadzą mi się w przyszłej pracy, więc nie mam na co narzekać. 


Rozegrałeś tylko kilka meczów w college’u z powodu kontuzji . Czy patrząc na to wszystko dzisiaj, uważasz, że wyjazd do USA i gra dla Houston były warte tego całego poświęcenia?

Celem każdego zawodnika trafiającego do pierwszej dywizji, szczególnie w takich szkołach jak Houston, jest gra w NFL. Niestety, życie nie zawsze układa się po naszej myśli. Moja droga sportowa skończyła się szybciej, niż się zaczęła – przez poważne kontuzje. Przeszedłem operację wstawienia endoprotezy biodra, a na pierwszym roku zerwałem Achillesa. Lekarz operujący mnie wtedy uprzedził, że prawdopodobnie nigdy nie odzyskam dawnej sprawności. Wtedy w mojej głowie coś się przestawiło – wiedziałem, że bez pełnej sprawności szanse na NFL drastycznie maleją.


Kolejne urazy biodra sprawiły, że nie miałem szczęścia do samej gry w college’u. Mimo lat treningów, rozegrałem zaledwie kilka meczów. Jednak patrząc na całokształt tej podróży, uważam się za szczęściarza. Zdobycie stypendium, gra na najwyższym szczeblu i ukończenie amerykańskich szkół za darmo to doświadczenie warte ogromnie dużo. W Polsce wciąż mało kto trafia do pierwszej dywizji, choć liczę, że wkrótce się to zmieni.


Jak wygląda teraz Twoje życie zawodowe w Stanach? Czy czujesz, że dzięki futbolowi i fundacji zyskałeś start, o jakim wielu Twoich rówieśników mogło tylko pomarzyć?

Obecnie moje życie zawodowe wygląda zupełnie inaczej niż w przeszłości. Pracuję w banku inwestycyjnym Morgan Stanley, gdzie zajmuję się handlem akcjami na giełdzie. Można powiedzieć, że jestem day traderem, a moja profesja to equity trading. Pracuję na sześciu monitorach – to dość wymagające zajęcie, bywa stresujące i wyczerpujące, ale z pewnością stanowi świetny start.


Czy dzięki futbolowi zyskałem lepszy start? To zależy, jak na to spojrzeć. Jeśli porównamy mnie do rówieśników z Polski, to zdecydowanie tak. Dzięki sportowi zyskałem darmową edukację w USA, liczne znajomości oraz możliwość pozostania w Stanach i kontynuowania tutaj swojej drogi. Jeśli jednak porównamy sportowców do ich amerykańskich rówieśników, to około trzy czwarte z nas jest nieco w tyle. Podczas gdy „zwykły” student na trzecim czy czwartym roku odbywa już staże i zdobywa doświadczenie zawodowe, my wciąż tylko trenujemy i gramy. Po prostu brakuje czasu na budowanie CV.


To spory minus, bo w momencie wejścia w dorosłość często nie wiadomo, od czego zacząć – trzeba startować od zera, co bywa trudne. Z drugiej strony, zaplecze futbolowe i szacunek, jakim darzy się zawodników z Division I, bardzo pomagają. W Ameryce futbol jest potęgą, więc bycie sportowcem na tym poziomie budzi podziw, a ludzie chętniej dają ci szansę.


W college'u każdy zawodnik jest w pewnym sensie osobą publiczną, swego rodzaju gwiazdą na szczycie. Po studiach to się kończy. Osoby, które wcześniej budowały karierę zawodową, są teraz przed nami, a my musimy je gonić. Na szczęście sportowa etyka pracy bardzo w tym pomaga.


Przejście z futbolu do „prawdziwej” pracy było dla mnie trudne. Przywykłem do ciągłego ruchu i adrenaliny, dlatego wybrałem zawód, który również dostarcza emocji i stresu, ale też wysokich zarobków. Pod tym względem moja praca przypomina boisko – wciąż gonię za adrenaliną.


Jeśli chodzi o futbol, jest on już raczej poza moimi planami. Tak jak wspomniałem, gdybym kiedykolwiek wrócił do grania w Polsce, to tylko w Olsztyn Lakers, hobbystycznie i dla przyjemności. Może sprawdziłbym się jako trener, ale po tylu latach trudno powiedzieć. Na razie planuję zostać tutaj, odwiedzać dom w wolnych chwilach i prowadzić życie już poza futbolem.


Jak oceniasz szanse polskich zawodników na karierę w futbolu amerykańskim w USA i co poradziłbyś młodym chłopakom, którzy marzą o grze za oceanem?


Widzę, że chłopaki z Niemiec czy Francji coraz częściej dostają oferty i zaczynają swoją drogę w USA. Brakuje mi tu tylko polskich nazwisk, ale myślę, że to kwestia czasu. Zachęcam każdego, by spróbował swoich sił. Warto podejść do tego bez wybujałych oczekiwań, ale z pewnością siebie. Nie każdy od razu zagra w Alabamie, ale realną szansą jest pojechanie na obóz i sprawdzenie się na tle innych. To najlepszy wskaźnik – zderzenie z rzeczywistością pokazuje, czy jesteś już gotowy, czy musisz jeszcze popracować.


Życzę wszystkim jak najlepiej. Jeśli ktoś ma pytania o obozy lub potrzebuje pomocy, śmiało może do mnie pisać. Pomogę, na ile będę mógł. Reszta zależy od sprawności, ale też od szczęścia i wytrwałości. To nie jest prosta droga, nie jest usłana różami. Jesteś w tym sam i to od Ciebie zależy, co z tego wyciągniesz. Mam nadzieję, że wkrótce zobaczymy Polaków na amerykańskiej arenie sportowej.


Instagram Rafała Szymańskiego - @rdkraf


Udostępnij
 
8208808