Już 10 marca na Stadionie Olimpijskim odbędzie się camp organizowany przez fundację Gridiron Imports. Wydarzenie skierowane jest do młodych graczy futbolu amerykańskiego, którzy marzą o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Z tej okazji przeprowadziliśmy wyjątkowy wywiad z Rafałem Szymańskim, byłym zawodnikiem pierwszej dywizji NCAA.
Rafał pochodzi z Olsztyna i jest wychowankiem miejscowych Lakers, w barwach których zbierał pierwsze futbolowe szlify. Już jako nastolatek wyróżniał się warunkami fizycznymi, które zostały dostrzeżone przez przedstawicieli Gridiron Imports podczas campu w Niemczech. Reszta to już piękna historia: nauka i gra w amerykańskim liceum, rywalizacja na najwyższym poziomie akademickim w USA, ukończenie studiów oraz decyzja o pozostaniu w Ameryce, by tam kontynuować życie zawodowe i prywatne.
Rafał jest najlepszym dowodem na to, że chłopak z Polski może podbić świat – nie tylko spełniając sportowe marzenia, ale także zdobywając wykształcenie i budując karierę na drugim końcu globu. Nie przedłużając, zapraszamy na obszerny wywiad z Rafałem Szymańskim.
Jak z perspektywy czasu oceniasz decyzję o podjęciu współpracy z Gridiron Imports? Czy wtedy przypuszczałeś, że ta jedna decyzja tak drastycznie zmieni całe Twoje życie?
Z perspektywy czasu uważam, że podjęcie współpracy z Gridiron Imports było znakomitą decyzją. Przemawia za tym wiele argumentów, począwszy od samego startu – czyli wyjazdu na obóz do Niemiec wraz z Szymonem i Tobiaszem (których serdecznie pozdrawiam!). Było to zgrupowanie dla zawodników z Europy, organizowane, jeśli dobrze pamiętam, pod szyldem ESPN. Na miejscu obecni byli przedstawiciele ESPN, Under Armour oraz dwóch organizacji rekrutacyjnych, w tym właśnie Gridiron Imports.
Po obozie skontaktował się ze mną jeden z założycieli fundacji z pytaniem, czy chciałbym spróbować swoich sił w USA. Bez wahania potwierdziłem i tak zaczęła się moja przygoda. Spośród kilku ofert ze szkół średnich wybrałem placówkę Rabun Gap w Georgii, gdzie spędziłem kolejne dwa lata. W tym czasie Gridiron Imports zapewniało mi nieocenione wsparcie – zarówno logistyczne, jak i merytoryczne. Przejście na amerykański tryb życia i tamtejszą kulturę sportową to ogromny przeskok; futbol w USA to zupełnie inny świat pod względem podejścia, zaangażowania i samego rozumienia dyscypliny.
Współpraca z fundacją realnie zmieniła moje życie. Od początku wiedziałem, jaki jest mój cel. To nigdy nie była wycieczka krajoznawcza czy chęć przeżycia „przygody”. Jechałem tam z jasno określonym planem: dostać się do Division I i grać na najwyższym akademickim poziomie, co otwierałoby drzwi do NFL. Studia i gra w pierwszej dywizji były dla mnie priorytetem, a Gridiron Imports pomogło mi to marzenie zrealizować.
W jaki sposób Gridiron Imports pomogło Ci przejść przez proces rekrutacji do szkoły, a później odnaleźć się w amerykańskim systemie edukacyjnym?
Proces rekrutacyjny jest wymagający i bywa stresujący – wiąże się z dużą ilością formalności, opłatami i wizytami w urzędach. Oczywiście kwestie wizowe czy kompletowanie dokumentów to ostatecznie odpowiedzialność zawodnika, ale w chwilach niepewności Gridiron Imports zawsze służyło mi pomocną dłonią. Oferowali wsparcie merytoryczne i kierowali w odpowiednie miejsca, gdy czegoś nie rozumiałem. Wiadomo, że nikt nie załatwi wszystkiego za nas – chociażby dlatego, że urzędnicy wymagają osobistego stawiennictwa – ale dobrze jest mieć kogoś, kto przeprowadzi Cię przez ten labirynt.
Ich wsparcie nie kończyło się na formalnościach. Gridiron Imports towarzyszyło mi od momentu wyjazdu aż do końca studiów, pomagając w aklimatyzacji. Po pierwszym roku liceum wzięliśmy udział w dwutygodniowym objeździe po obozach treningowych w USA. Odwiedziliśmy m.in. Nowy Jork i Buffalo, wizytując kolejne uczelnie. Choć wielu chłopaków otrzymywało wtedy oferty stypendialne, ja musiałem na swoją poczekać. Był to czas mojej transformacji z wide receivera na defensive line / outside linebackera. Miałem wzrost i warunki atletyczne, ale brakowało mi jeszcze odpowiedniej wagi. Mimo że nie dostałem ofert od razu, fundacja nie przestała we mnie wierzyć, co ogromnie doceniam.
Czy uważasz, że chłopak z polskiego klubu, przychodząc na nadchodzący camp, który odbędzie się we Wrocławiu, ma realną szansę powtórzyć Twoją drogę, jeśli tylko włoży w to odpowiednią pracę?
Trudno jednoznacznie ocenić szanse każdego z zawodników. Z jednej strony chciałbym zmotywować chłopaków i dać im wiatr w żagle, ale z drugiej – zależy mi, aby każdy zrozumiał, jak wymagająca jest to droga. Zaczynając od obozów takich jak ten we Wrocławiu, każdy ma swoje prywatne osiągnięcia: czas na 40 jardów, wyniki na ławce, szybkość czy zwinność. Moim zdaniem, na samym starcie warto zestawić swoje parametry z wynikami zawodników NFL na danej pozycji. Załóżmy, że ktoś gra jako Outside Linebacker, ma 195 cm wzrostu i waży ponad 100 kg. Jeśli przy takich gabarytach potrafi przebiec 40 jardów w około 4,7 sekundy, to ma realną szansę powtórzyć – przynajmniej częściowo – moją historię. Może trafić do college’u, niezależnie od tego, czy będzie to Division 1 czy Division 3. Sama gra w USA to niesamowite doświadczenie i szansa na darmową edukację, co dla większości jest głównym celem.
Czy da się dokładnie powtórzyć moją ścieżkę? Trudno powiedzieć. Zostałem obdarzony niesamowitymi warunkami fizycznymi. Bez względu na to, czy byłem w amerykańskim liceum, w Junior College’u, czy później w Houston – moje wyniki testowe zawsze znacznie przewyższały standardy. Jako linebacker ważący 110 kg przy niemal dwóch metrach wzrostu, wykręcałem świetne czasy i wyniki siłowe. To właśnie ta sprawność otwierała mi drzwi. Trenerzy byli zdumieni moją skocznością. Pamiętam mecz w liceum, w którym zablokowałem podwyższenie – na zdjęciu widać, że moja głowa znajduje się na wysokości poprzeczki bramki. W szkole podczas gry w koszykówkę potrafiłem wyskoczyć tak wysoko, że dotykałem obręczy głową. To właśnie ten "atletyzm" pozwolił mi rywalizować z najlepszymi w najwyższych ligach.
Nie chcę nikogo zniechęcać, ale muszę być szczery. Jako zawodnik z Europy masz dwie drogi: musisz być "freakiem" natury – absolutnie najlepszym z najlepszych pod względem fizycznym. Albo musisz rozumieć grę lepiej niż inni. Nie chodzi tylko o wiedzę, że na przykład zawodnik poruszył się w motion. Chodzi o głębokie rozumienie schematów, przewidywanie zagrań na podstawie formacji i ocenianie szans na bieg lub podanie w ułamku sekundy. Przyznam szczerze: ja nigdy nie miałem tej zdolności. Byłem świetnym atletą, ale o taktyce futbolu miałem blade pojęcie – i tak właściwie zostało do dziś. Grałem jako pass rusher, więc nie musiałem znać skomplikowanych schematów; do teraz nie do końca rozróżniam Cover 2 od Cover 3. To jest największa bariera dla chłopaków z Europy. Nikt z nas nie rozumie futbolu tak, jak Amerykanie, którzy dorastają z tą grą. Jeśli nie jesteś wybitnym atletą, musisz nadrobić to mentalnie. Nawet prosta gra w Maddena może pomóc, jeśli podchodzi się do niej analitycznie.
Szaleństwem byłoby zakładać, że bycie dobrym atletą w Polsce automatycznie oznacza bycie dobrym w USA. Spójrzmy na liczby: Mniej niż 1% zawodników z Europy trafia do amerykańskich liceów. Zaledwie ułamek graczy z każdego liceum w USA dostaje się do futbolu akademickiego. Tylko 1% z nich trafia do pierwszej dywizji (D1). Będąc tam, rywalizujesz z absolutną elitą. Z mojej grupy z Gridiron Imports, która wyjechała w tym samym roczniku, tylko dwóch z nas dostało się do D1. Reszcie się nie udało – i nie była to kwestia braku pracy czy ambicji. To często loteria i kwestia szczęścia.
Na koniec ważna rada: nie przejmujcie się obecną wagą. W Polsce nie mamy takiej kultury żywieniowej i suplementacji jak w Stanach. Jeśli grasz w linii defensywnej i ważysz 80 kg – spokojnie, w Ameryce "dołożą" Ci odpowiednich kilogramów. Ja wyjeżdżałem jako chłopak ważący 75 kg przy dwóch metrach wzrostu. Pod koniec trzeciego roku w Houston ważyłem blisko 120 kg, nie tracąc przy tym szybkości ani sprawności. Pamiętajcie jednak: aby w ogóle zwrócić na siebie uwagę skautów, wzrost i potencjał fizyczny są kluczowe. To one otwierają drzwi, przez które potem trzeba przejść dzięki ciężkiej pracy.
Jakie cechy, które sprawdzają amerykańscy trenerzy, okazały się najważniejsze, by przetrwać i odnieść sukces w USA?
Z moich obserwacji wynika, że amerykańscy trenerzy najwyżej cenią zaangażowanie wykraczające poza standardowe ramy. Liczy się nie tylko postawa na boisku czy siłowni, ale również samodzielna analiza materiałów wideo. Zgodnie z zasadą: im więcej włożysz pracy, tym lepsze osiągniesz rezultaty. Choć sam wysiłek nie gwarantuje miejsca w składzie, jest fundamentem budowania autorytetu u szkoleniowców.
W amerykańskiej kulturze sportowej, a szczególnie w futbolu, etyka pracy postrzegana jest jako najważniejszy atrybut zawodnika. Jako były defensor wyróżniłbym jeszcze jedną cechę: kontrolowaną agresję. Trenerzy szukają zawodników, którzy grają bezkompromisowo, niczym 'pociski' uderzające w przeciwnika.
Równie istotna jest determinacja w grze do ostatniego gwizdka. Niezależnie od dystansu dzielącego zawodnika od piłki, wymagany jest pościg w pełnym sprincie. To właśnie ta nieustępliwość i brak zgody na odpuszczenie jakiejkolwiek akcji są elementami, które trenerzy starają się zaszczepić w swoich podopiecznych.
Grałeś w futbol na wysokim poziomie, ale jednocześnie ukończyłeś studia w USA. Jak system sportowy w Stanach pomaga zawodnikom zdobyć wykształcenie, które teraz wykorzystujesz w pracy?
System sportowy zdecydowanie pomaga zawodnikom ukończyć studia i zdobyć wykształcenie, choć wiele zależy od konkretnej uczelni. Zazwyczaj im lepsza szkoła, tym mniej czasu zostaje na naukę, bo grafik zdominowany jest przez futbol. Moja historia wyglądała podobnie. Gdy grałem w Houston, mieliśmy do dyspozycji tutorów i specjalne centrum, w którym odrabialiśmy prace domowe. Otrzymywaliśmy duże wsparcie, również w zakresie organizacji czasu, aby pogodzić treningi z nauką. To sprawiło, że wielu moich kolegów z drużyny zdołało w ogóle ukończyć studia. Myślę, że bez tej pomocy mało kto mobilizowałby się do chodzenia na zajęcia czy regularnej nauki.
Takie podejście dominowało w Houston, ale na ostatni rok przeniosłem się do Wofford, aby zdobyć lepsze, bardziej spersonalizowane wykształcenie. Zależało mi na tym, by skończyć szkołę nie tylko z dyplomem, ale i z realną wiedzą. W Wofford system wyglądał inaczej – to mniejsza uczelnia, więc nacisk na naukę był znacznie większy. Musiałem się do tego przyzwyczaić, ale ostatecznie wyszło mi to na dobre. Nauczyłem się wielu rzeczy, które przydadzą mi się w przyszłej pracy, więc nie mam na co narzekać.
Rozegrałeś tylko kilka meczów w college’u z powodu kontuzji . Czy patrząc na to wszystko dzisiaj, uważasz, że wyjazd do USA i gra dla Houston były warte tego całego poświęcenia?
Celem każdego zawodnika trafiającego do pierwszej dywizji, szczególnie w takich szkołach jak Houston, jest gra w NFL. Niestety, życie nie zawsze układa się po naszej myśli. Moja droga sportowa skończyła się szybciej, niż się zaczęła – przez poważne kontuzje. Przeszedłem operację wstawienia endoprotezy biodra, a na pierwszym roku zerwałem Achillesa. Lekarz operujący mnie wtedy uprzedził, że prawdopodobnie nigdy nie odzyskam dawnej sprawności. Wtedy w mojej głowie coś się przestawiło – wiedziałem, że bez pełnej sprawności szanse na NFL drastycznie maleją.
Kolejne urazy biodra sprawiły, że nie miałem szczęścia do samej gry w college’u. Mimo lat treningów, rozegrałem zaledwie kilka meczów. Jednak patrząc na całokształt tej podróży, uważam się za szczęściarza. Zdobycie stypendium, gra na najwyższym szczeblu i ukończenie amerykańskich szkół za darmo to doświadczenie warte ogromnie dużo. W Polsce wciąż mało kto trafia do pierwszej dywizji, choć liczę, że wkrótce się to zmieni.
Jak wygląda teraz Twoje życie zawodowe w Stanach? Czy czujesz, że dzięki futbolowi i fundacji zyskałeś start, o jakim wielu Twoich rówieśników mogło tylko pomarzyć?
Obecnie moje życie zawodowe wygląda zupełnie inaczej niż w przeszłości. Pracuję w banku inwestycyjnym Morgan Stanley, gdzie zajmuję się handlem akcjami na giełdzie. Można powiedzieć, że jestem day traderem, a moja profesja to equity trading. Pracuję na sześciu monitorach – to dość wymagające zajęcie, bywa stresujące i wyczerpujące, ale z pewnością stanowi świetny start.
Czy dzięki futbolowi zyskałem lepszy start? To zależy, jak na to spojrzeć. Jeśli porównamy mnie do rówieśników z Polski, to zdecydowanie tak. Dzięki sportowi zyskałem darmową edukację w USA, liczne znajomości oraz możliwość pozostania w Stanach i kontynuowania tutaj swojej drogi. Jeśli jednak porównamy sportowców do ich amerykańskich rówieśników, to około trzy czwarte z nas jest nieco w tyle. Podczas gdy „zwykły” student na trzecim czy czwartym roku odbywa już staże i zdobywa doświadczenie zawodowe, my wciąż tylko trenujemy i gramy. Po prostu brakuje czasu na budowanie CV.
To spory minus, bo w momencie wejścia w dorosłość często nie wiadomo, od czego zacząć – trzeba startować od zera, co bywa trudne. Z drugiej strony, zaplecze futbolowe i szacunek, jakim darzy się zawodników z Division I, bardzo pomagają. W Ameryce futbol jest potęgą, więc bycie sportowcem na tym poziomie budzi podziw, a ludzie chętniej dają ci szansę.
W college'u każdy zawodnik jest w pewnym sensie osobą publiczną, swego rodzaju gwiazdą na szczycie. Po studiach to się kończy. Osoby, które wcześniej budowały karierę zawodową, są teraz przed nami, a my musimy je gonić. Na szczęście sportowa etyka pracy bardzo w tym pomaga.
Przejście z futbolu do „prawdziwej” pracy było dla mnie trudne. Przywykłem do ciągłego ruchu i adrenaliny, dlatego wybrałem zawód, który również dostarcza emocji i stresu, ale też wysokich zarobków. Pod tym względem moja praca przypomina boisko – wciąż gonię za adrenaliną.
Jeśli chodzi o futbol, jest on już raczej poza moimi planami. Tak jak wspomniałem, gdybym kiedykolwiek wrócił do grania w Polsce, to tylko w Olsztyn Lakers, hobbystycznie i dla przyjemności. Może sprawdziłbym się jako trener, ale po tylu latach trudno powiedzieć. Na razie planuję zostać tutaj, odwiedzać dom w wolnych chwilach i prowadzić życie już poza futbolem.
Jak oceniasz szanse polskich zawodników na karierę w futbolu amerykańskim w USA i co poradziłbyś młodym chłopakom, którzy marzą o grze za oceanem?
Widzę, że chłopaki z Niemiec czy Francji coraz częściej dostają oferty i zaczynają swoją drogę w USA. Brakuje mi tu tylko polskich nazwisk, ale myślę, że to kwestia czasu. Zachęcam każdego, by spróbował swoich sił. Warto podejść do tego bez wybujałych oczekiwań, ale z pewnością siebie. Nie każdy od razu zagra w Alabamie, ale realną szansą jest pojechanie na obóz i sprawdzenie się na tle innych. To najlepszy wskaźnik – zderzenie z rzeczywistością pokazuje, czy jesteś już gotowy, czy musisz jeszcze popracować.
Życzę wszystkim jak najlepiej. Jeśli ktoś ma pytania o obozy lub potrzebuje pomocy, śmiało może do mnie pisać. Pomogę, na ile będę mógł. Reszta zależy od sprawności, ale też od szczęścia i wytrwałości. To nie jest prosta droga, nie jest usłana różami. Jesteś w tym sam i to od Ciebie zależy, co z tego wyciągniesz. Mam nadzieję, że wkrótce zobaczymy Polaków na amerykańskiej arenie sportowej.
Instagram Rafała Szymańskiego - @rdkraf